18 października 2004

# 68

Nie wiem czy po pierwszym dniu w nowej pracy powinnam pisać cokolwiek, nie chcę zapeszać i nie chcę też poddawać się tej histerii, której napady mam co piętnaście minut i które mieszają się z falami skrajnego optymizmu, aż cholery można dostać - woda z mózgu.
Najgorszy dzień w starej pracy to pryszcz przy tym, co będzie tu - jeśli w ogóle dam radę. Mam tydzień na zapoznanie się z firmą (mnóstwo pracowników, kupa kontraktów, milion segragatorów i... acha - czy wspomniałam, że dzwonią ludzie z niemieckich firm i nawijają do mnie w języku, którego nie chuja! nie rozumiem?!), potem dziewczyna, na której stanowisko zostałam zatrudniona bierze kilka dni urlopu i zaczyna pracę w nowym miejscu. Ogromnie pocieszający jest fakt, że jej poprzedniczka wprowadzała ją w temat przez dwa miesiące.
Dwa miesiące? Tydzień? Hm...

Nie chcę wracać na stare śmieci, tak samo jak nie chcę pracować w nowym miejscu kosztem wrzodów żołądka, chyba że firma zwróci mi koszty za Melisal... Szkoda, że tak trudno to wszystko pogodzić. No i jutro lecę po jakieś rozmówki, boże to śmieszne...

Brak komentarzy: